Kot

Zapraszamy do lektury opowiadania.

Autorka, uczennica naszego gimnazjum, chce pozostać anonimowa:)

 

Kot

     Część 1

                Wciąż pamiętam te wydarzenia sprzed lat, kiedy po raz ostatni oddychałem (nie)świeżym, miejskim powietrzem. Moje ostatnie chwile w otwartym świecie obserwowałem przez plastikowe kraty transportera. Nie mogłem wtedy cieszyć się pełną swobodą jak dawniej, ale muszę przyznać, że było to najprzyjemniejsze miejsce, w jakim wówczas miałem okazję przebywać. Byłem na swój sposób oddzielony od zimy, bólu i poczucia głodu. Stałem obok tego wszystkiego. Już mnie to nie dotyczyło. Teraz leżę na miękkiej poduszce na parapecie w domu jednego z Dużych i wygrzewam się na słońcu. Jednak zanim tutaj trafiłem, przeszedłem długą drogę, mieszkałem w wielu miejscach, wielu rzeczy doświadczyłem.

            Wszystko zaczęło się trzy lata temu, początek wiosny. To właśnie wiosną zaczyna się "sezon na psy", czyli nieustanne szczekanie dobiegające ze wszystkich stron świata. Dla nas, małych, kruchych przedstawicieli ssaków z rodziny kotowatych wiąże się to z ogromnym ryzykiem i niebezpieczeństwem. Pech chciał, że urodziłem się akurat wtedy, kiedy psi sezon szczególnie daje się we znaki. Ja i moje rodzeństwo byliśmy celem wręcz idealnym dla psów, których właściciele nie pofatygowali się o założenie im smyczy albo chociaż kagańca.

            W naturze nie ma miejsca na szczęśliwe zakończenia. Z całej czwórki, czyli mnie, mamy, brata i siostry, przeżyłem tylko ja i siostra. Ja i siostra uciekliśmy, a brat został rozszarpany przez głodnego buldoga. Mama chciała odstraszyć agresywnego psa, ale było już za późno. Nie wiem, co podkusiło nas do ucieczki i pozostawienia rodziny. Wspięliśmy się na niskie drzewa. Ja - na jedno, siostra - na drugie. Kiedy sytuacja trochę się uspokoiła, patrzyłem w oczy mojej siostry, która obserwowała naszą mamę. Ona również nie żyła. Leżała obok tego, co zostało z naszego brata, a jej syna.

 

            Całemu zajściu przyglądali się przypadkowi przechodnie. Wiedzieli, o co chodzi. Gdy udało im się okiełznać sprawcę, szybko zaopiekowali się mamą i siostrą. Zdjęli siostrę z drzewa. Najwidoczniej usłyszeli jej głośne zawodzenie. Mamę zabrali i ułożyli w koszyku. Starałem się ze wszystkich sił zwrócić na siebie ich uwagę. Jako że byłem wówczas trochę przeziębiony, nie mogłem krzyczeć. Drapałem w pień drzewa, a siostra krzyczała Dużych, żeby mnie również zabrali.

-Miau!

Ale oni chyba nie rozumieli prostej mowy. Siedziałem na tej gałęzi i patrzyłem, jak odchodzą. Powoli znikali. Patrzyłem raz w zamknięte oczy matki, raz w zaniepokojone i przestraszone źrenice siostry.

-Mrr, gdyby zeskoczenie z tego drzewa było tak łatwe, jak wejście na nie - pomyślałem.

            Kiedy nie widziałem już nawet oczu siostry, spojrzałem w niebo. Moim oczom ukazał się ogromny, czarny ptak. Myślałem, że mnie ominie, ale on leciał prosto na mnie, po czym zrzucił mnie z gałęzi. Co prawda spadłem na trawę, ale usłyszałem cichy trzask i przeszywający ból w przedniej łapie. Przez pierwszą chwilę nie czułem nic innego tylko ten ból, który uniemożliwiał mi zrobienie kroku w przód ani w tył.

            Sprawca odleciał, głośno kracząc. Jakby był dumny ze szkody, jaką mi wyrządził. To pożegnanie brzmiało, jak szyderczy śmiech.

            Chwilę później udało mi się opanować i trafić na główną ścieżkę. Sam nie wiem, jak tego dokonałem. Miałem nadzieję, że teraz ktoś zauważy małego, bezbronnego kociaka, którego w każdej chwili może spotkać ten sam los, co znaczną część jego rodziny.

            Dzielnie szedłem prosto, kulejąc na jedna łapę, chociaż ból, smutek i niepokój odbierały mi siły. Z każdym kolejnym obojętnym spojrzeniem mijającego mnie Dużego traciłem coraz więcej nadziei. Zwątpiłem całkowicie. Z jednej strony miałem żal do Dużych, a z drugiej wcale im się nie dziwiłem. W końcu kto przygarnąłby takie straszydło? Nie jestem piękny, zwinny ani rasowy.

            Wolno, noga za nogą zmierzałem ku wejściu do parku. Chciałem stamtąd wyjść. Usłyszałem krzyki młodzieży gdzieś za mną. Słyszałem ich kroki, zbliżali się. Coś mocno uderzyło za mną w chodnik. Odwróciłem się. Celowali we mnie kamieniami. Krzyczeli, jak ten ptak. Ich słowa nie różniły się dla mnie od wrzasku tamtego ptaszyska. Ja jeden, zachrypnięty i kulawy, na ich pięciu.

-Uciekać? Jak? W którą stronę? Poddać się? I tak umrę - zastanawiałem się.

                                                                           Ciąg dalszy nastąpi.

Autor: „A”

Załączniki
Pobierz plik (Kot 1.pdf)Kot 1.pdf179 kB
2011 ZKPIG13 - Kot.
Powered by Joomla 1.7 Templates